Droga goblina - fragment
Jim C. Hines, data: 2008-08-29, Komentarze: 0.

Jig schodził do krainy Strauma jako pierwszy. Po wydostaniu się na otwartą przestrzeń poczuł uderzenie przenikliwego chłodu. Zadrżał, gdy zimny powiew wcisnął mu się pod rękawy i wdarł za kołnierz. Zaraz potem odkrył, że ostatnie szczeble drabiny są dziwnie niematerialne i nie ma na czym oprzeć ciężaru. Niestety, odkrycia dokonał dopiero wtedy, gdy jego stopa przeszła na wylot przez drążek. Niemal równocześnie poczuł silny ból w dolnych partiach pleców, które zetknęły się gwałtownie z twardym podłożem.

Zadarł głowę, żeby ostrzec pozostałych, i jęknął głucho. Braf nie był szczególnie urodziwym goblinem, a z tej perspektywy...

– Coś jest nie tak z drabiną! – zawołał, podrywając się z ziemi i podnosząc przewróconą latarnię. Wydobył z mieszka nieco piasku i szybko ugasił pełgające po plamie syfi i płomyki. – Dołu w ogóle nie ma.

– Zupełnie jak mózgu Brafa... – dobiegł go głos Grell.

Jig nie odpowiedział, zajęty rejestrowaniem zmian, jakie zaszły tu od ostatniej jego wizyty. W czasach Strauma gigantyczna pieczara wyglądała zupełnie inaczej. Smok wykorzystał swoją magię, aby odtworzyć we wnętrzu góry świat zewnętrzny. Skazany na wieczne pilnowanie różnych skarbów, bez szans na wydostanie się spod ziemi, uczynił wszystko, co w jego mocy, aby jak najwygodniej urządzić się w swoim więzieniu. Jig pamiętał ciągnące się po horyzont niebo, zbyt jaskrawy blask słońca i szelest poruszanych wiatrem koron drzew, który przypominał odgłos tysięcy pełzających węży. Część elementów świata stworzonego przez Strauma była iluzją, jak na przykład wędrująca codziennie po niebie tarcza słoneczna. Ale rosły tu prawdziwe rośliny. Chociaż te znowu tysiącleciami zasilane smoczą magią przestały w końcu przypominać cokolwiek znanego na powierzchni.

Teraz sterczące na kształt armii rosochatych szkieletów drzewa okrywała cienka warstewka siwego mrozu. Wszystko wokół skuwał lód, zaś powietrze przesycała woń przywodząca na myśl prymitywną kuźnię goblińską w górnych tunelach.

Jig ukląkł; zamarznięta trawa zatrzeszczała pod jego kolanami. Odłamał jedno źdźbło i przyjrzał mu się uważnie. Czy wyobraźnia płatała mu figle, czy rzeczywiście w kryształkach migotał srebrzysty blask? Lodowa otoczka stopniała, zimna kropla kapnęła na rękę Jiga. Źdźbło odarte z półprzeźroczystej bieli okazało się brunatne i łamliwe. Zamrugał i odrzuciwszy trawkę, przyjrzał się uważnie własnej dłoni. Niebieski kolor skóry wydawał się wyblakły, jakby nabrał odcienia stali. Jig rozejrzał się i wszędzie dostrzegł tę samą domieszkę metalicznej szarości. Lód połyskiwał srebrzyście, a drzewa pokrywał nalot przypominający popiół. Iluzoryczne niebo zmatowiało, zasnute siwą mgiełką. Nigdzie nie było też widać stworzonego przez Strauma słońca, które tak fascynowało Jiga. Choć świadom jego nieprawdziwości, zawsze cieszył się, że po zejściu tutaj opromieni go ciepłym blaskiem. Zejściu Brafa towarzyszył łomot oraz bolesny jęk. Goblin nie usłyszał bądź zapomniał o ostrzeżeniach Jiga. Przeklinając, pozbierał się z ziemi, otrzepał ze śniegu, po czym dołączył do Jiga.

– Upiorne, prawda? – rzekł Walland, któremu zeskok z najniższego szczebla nie sprawił żadnych trudności. – Początkowo zmiany zachodziły powoli. Z jaskini Strauma zaczął wiać zimny wicher. Każdego ranka trawę ścinał przymrozek. Liście usychały i opadały z drzew. A potem ten śnieg. – Zatoczył ręką, wskazując spadające płatki. Śniegowe gwiazdki osiadały na okularach Jiga, pogarszając widoczność.

– Niech ktoś mnie ściągnie z tej głupiej drabiny! – zaskrzeczała Grell. Szczudła zatknęła za pasek i obiema rękoma trzymała się kurczowo drążków. Jedną stopą ostrożnie macała niższy szczebel.

Sandał przeszedł wskroś poprzeczki, z której uniosły się czarne drobiny. Walland bez słowa zdjął ją z drabiny i postawił na ziemi.

– Gdzie teraz? – Jig podskoczył na dźwięk głosu stojącego tuż za nim Brafa. Jedna z zasad przetrwania mówiła, że absolutnie nie wolno dopuszczać, aby za plecami znalazł się inny goblin. A co robi Jig? Gapi się na drzewa, wręcz prosi się o śmierć, umożliwiając Brafowi zamach.

Obiecali, że nie zabiją mnie, dopóki nie załatwimy sprawy z ogrami. Co prawda obietnica goblina znaczyła niewiele, za to strach przed Wallandem robił swoje. Zresztą nie ma sensu martwić się Brafem, bo to, co prześladuje ogry, i tak zabije ich wszystkich. Jig poczuł słaby ruch przy pasku. Z kaletki wysunęły się przednie odnóża pająka, a po chwili ponad skrajem pojawiła się głowa. Ciapek rozejrzał się wokół i błyskawicznie zniknął na powrót w swojej kryjówce. Jig szczerze żałował, że sam nie może pójść za przykładem pupila. Zabrał się do przywiązywania latarni do paska. Starał się zrobić to tak, aby rozgrzany metal obudowy nie stykał się w czasie marszu ze skórą. W końcu doszedł do wniosku, że najlepiej zawiesić ją na rękojeści miecza i oprzeć o pochwę. Aby zrównoważyć dodatkowy ciężar z jednej strony, wszystkie sakiewki przesunął na drugą. Walland zadarł głowę i zaczął węszyć. Okręcił się wokół własnej osi, przeczesując wzrokiem otaczające polanę drzewa. Postąpił krok, zatrzymał się i obrócił ponownie. Jig nie miał pojęcia, czego ogr wypatruje, ale takie zachowanie wzbudziło w nim jeszcze większy – o ile to w ogóle możliwe – niepokój.

– Mam nadzieję, że wiesz, którędy iść? – odezwała się Grell.

Walland przysłonił dłonią oczy i spojrzał w niebo, omal nie wpadając na drabinę przy okazji kolejnego obrotu.

– Przypomina mi tego obłąkanego szczura, którego dzieci trzymały w żłobku, póki jedna ze starszych dziewczynek go nie pożarła – parsknęła Grell.

– Upewniam się, że nikt nas nie zauważył – oświadczył Walland.

– Może ruszajmy już szukać reszty ogrów – zaproponował Jig. Im dłużej stali na polanie, tym szybciej coś ich namierzy i zabije, a Jig miał zamiar opóźnić ten moment jak to tylko możliwe.

– Mówiłeś, że grupie ogrów udało się uciec, tak? Spomiędzy drzew po lewej wychynęła jakaś istota.

Przypominała kupkę sterczących na wszystkie strony sopli o różowym, pomarszczonym pyszczku oraz wystającym ryjku. Z każdym poruszeniem stworzenia lodowe kolce mieniły się kolorami, od niebieskiego, przez zielony, do fioletu. Zwierzątko prawdopodobnie czaiło się na pomarańczowe owady, takie same, jakie Jig widział w swojej świątyni. Insekty zniżyły lot, krążąc nad łbem istoty. Nagle z jednego z kolców przy karku wystrzeliła iskra i martwy robak spadł na ziemię. Zwierzątko przyskoczyło do ofiary i za pomocą przednich łap wepchnęło ją sobie do pyszczka.

– A to co? – zdumiał się Jig.

– Teraz w lasach kręcą się różne takie dziwadła – wyjaśnił Walland, biorąc Grell na barana. – Szybko. Mamy mało czasu.

Jig oraz Braf musieli biec, żeby dotrzymać mu kroku. Lód i sucha trawa chrzęściły pod stopami kłusujących za ogrem goblinów. W lesie Walland nie uchylał się przed niskimi gałęziami ani nie omijał stojących mu na drodze mniejszych drzew – po prostu zmiatał je uderzeniami maczugi. Jig i Braf gnali za nim, ocierając z twarzy odpryski drewna i lodu.

Nawet gdyby padający śnieg zasypał ich ślady, zdradziłaby ich wyrąbana w lesie szeroka przesieka. Jig tak ciężko dyszał, że nie był w stanie zwrócić na to uwagi przewodnikowi. Słyszał, jak Grell złorzeczy pod nosem, zacinając się przy każdym kroku ogra. Jej urywane rytmicznie wiązanki przekleństw brzmiały jak marszowa piosenka o wyjątkowo wulgarnym tekście. Czyli jak większość goblinich przyśpiewek.

Jig kątem oka łowił od czasu do czasu jakieś poruszenia – błysk białego światła, który ginął pomiędzy pniami; wzbijające się i opadające grudki śniegu; cienie, które znikały, zostawiając za sobą rozkołysane gałązki krzewów. Nic jednak nie próbowało ich zaatakować. Przynajmniej na razie.

Wreszcie Walland zwolnił. Grell zamilkła, po czym podjęła swoją recytację już w nowym rytmie.

– Dokąd idziemy? – wydyszał Jig, ocierając pot z czoła. Walland wskazał kierunek.

– Do tego leżącego drzewa.

Korę przewróconego pnia pokrywała bardzo cienka skorupa lodu, więc Jig doszedł do wniosku, że przy takiej pogodzie drzewo musiało zostać ścięte nie dalej jak wczoraj. Z bliska okazało się, że określenie „ścięte” nie bardzo pasowało w tym przypadku. Rzeczywiście, na pniaku widniały ślady siekiery, ale dalej płaski nacios zastępowały sterczące drzazgi, jakby ktoś zniecierpliwił się i po prostu złamał drzewo. Korona poruszała się gwałtownie, a odpadające od kory grudki lodu tonęły w białym puchu, znacząc go małymi dziurkami. Jig zatrzymał się w pół kroku. Za drzewem leżał przysłonięty gałęziami wielki ogr.

– Zaatakowały was drzewa? – zdumiał się Braf.

Walland postawił Grell, która natychmiast podeszła do Brafa i trzepnęła go w łeb. Jednak Jigowi pytanie nie wydawało się do końca głupie. Całe to miejsce zostało stworzone przy pomocy magii. Kto wie co jest tutaj możliwe, a co nie? Wątpił jednak, by obdarzone życiem drzewo traciło czas na przywiązywanie do swojego pnia ogra. Ani tym bardziej, żeby leżało bezczynnie w śniegu, wstrząsane szarpaniną próbującego się uwolnić zakładnika.

– To moja siostra, Sashi – oznajmił Walland, kładąc rękę na pniu. Ogrzyca miała na głowie worek, a sądząc po stłumionych pomrukach, była także zakneblowana. Sashi wielkością niemal dorównywała bratu. Grell przykuśtykała do drzewa i okiem znawcy przyjrzała się więzom.

– Skuteczna metoda. Kończyny skrępowane i przywiązane w stawach uniemożliwiają poluzowanie pęt i wysunięcie rąk. Sama czasami miałam ochotę tak unieruchomić niektóre dzieciaki – stwierdziła.

Braf nie dostrzegł spojrzenia, jakie rzuciła mu stara niańka.

– Mówiłem, że łapią i robią z nas swoje sługi. – Walland trzymał maczugę w obu rękach, wzdrygając się za każdym razem, gdy trzasnęła jakaś gałąź czy spadła większa bryłka lodu. – Wywiodłem moją rodzinę i ukryłem z dala od innych. Miałem nadzieję, że dzięki temu ocaleją. Ale Sashi nie chciała siedzieć w kryjówce. Poszła do jaskini Strauma, żeby stawić czoło wrogowi. Zawsze była najbardziej krewka z nas.

– I co się stało? – spytał Jig. Walland wzruszył ramionami.

– Wróciła następnego dnia i omal mnie nie zabiła.

– Więc walnąłeś ją drzewem? – Braf spojrzał na niego okrągłymi ze zdumienia oczyma.

– Nie od razu. Udawałem, że straciłem przytomność. A ona zaprzestała ataków, jakby nie zależało jej na mojej śmierci. Kiedy przywiązywała mnie do drzewa, złapałem ją za szyję. – Mimowolnie dotknął łokcia, na którym widniały ciemne ślady zadrapań. – Sashi zawsze walczyła brutalnie – mruknął. – Potem ją spętałem i przywlokłem tutaj. Wtedy właśnie postanowiłem poszukać Jiga Smokobójcy.

– Myślałem, że mamy wam pomóc w bitwie, walcząc w szeregach ogrów... – Braf urwał, widząc pełne niedowierzania spojrzenie, jakim obrzucił go Walland.

Jig popatrzył na związaną ogrzycę, a potem na Wallanda. Miał złe przeczucie, że wie, do czego to wszystko zmierza. Walland potrząsnął głową.

– Najpierw trzeba wyzwolić moją siostrę. Musisz złamać zaklęcie, jakie na nią rzucili.

– Oni czyli kto? – spytała Grell.

– Nie wiem. Ogry, które wyruszyły do legowiska Strauma, albo zginęły, albo obróciły się przeciwko nam. Czasem na niebie widać dziwne światła, ale są za daleko, żeby zobaczyć, co to takiego. A podchodzenie wroga nie jest mocną stroną ogrów. Za bardzo rzucamy się w oczy.

Sashi zaczęła miotać się jeszcze wścieklej, a tarmoszone konary trzeszczały i podskakiwały. Raz zdołała nawet poderwać pień, ale wysiłek szybko wyczerpał jej siły i drzewo z powrotem opadło.

– Nie martwcie się – rzekł Walland. – Przez całą drogę tutaj miała ten kaptur, wiec nawet jeśli ci, którzy ją kontrolują, widzą jej oczyma, nie mają pojęcia, gdzie jesteśmy.

Czy po to właśnie Ciemnogwiazdy wysłał go z Wallandem? Jig nie miał bladego pojęcia, od czego zacząć. W tym wypadku nie chodziło o złamaną kość czy kieł w nosie. Postąpił ostrożnie w stronę Sashi, która nagle zamarła. Okryta workiem głowa przekrzywiła się, jakby ogrzyca pilnie nasłuchiwała odgłosu zbliżających się kroków.

Co mam robić?

Tymalous Ciemnogwiazdy milczał.

Halo! Jesteś tam? Przydałaby mi się jakaś pomoc.

Nadal nic. Oczywiście, jak trzeba boga, to żadnego nie ma pod ręką. Jig powoli okrążył drzewo. Chciał przyjrzeć się lepiej ogrzycy, a przy okazji zyskać nieco czasu. Sashi, podobnie jak brat, miała na sobie odzienie z prymitywnie wyprawionych skór jelenich, tyle że przemoczone i brudne. Połamane szpony i pokrwawione opuszki wskazywały, jak zaciekle próbowała się uwolnić. A sądząc po głębokich podłużnych zadrapaniach na pniu, przy okazji rozszarpać na kawałki drzewo.

– No, dalej – ponagliła Jiga Grell. – Ulecz ją, zdejmij czar, czy co tam, i zabierajmy się stąd. Zimno tu tak, że smarki zamarzają.

Ciemnogwiazdy? Odezwij się, proszę. Walland nie będzie zachwycony, jak się okaże, że nie potrafię mu pomóc, a nie uśmiecha mi się stać tu z wściekłym ogrem i szaloną ogrzycą.

– Potrafisz jej pomóc, prawda? – upewnił się Walland, złowieszczo zakręciwszy maczugą.

Jig skinął głową.

– Um... przeszkadzają mi trochę te gałęzie. Mógłbyś obrócić drzewo? – Sashi na pewno odniosła jakieś rany podczas szarpaniny z Wallandem. Jig chciał zająć się najpierw nimi, a w międzyczasie pomyśleć, co robić dalej. Tyle że jeśli Ciemnogwiazdy opuścił go na dobre, nie będzie w stanie uleczyć nawet złamanego paznokcia. Walland odłożył maczugę i chwycił leżący pień obiema rękoma. Jig zerknął na boki, szacując szanse na ucieczkę. Ocenił, że najwyżej po czterech, pięciu krokach maczuga Wallanda roztrzaskałaby mu czaszkę. Sześciu, jeśli ogr zdecydowałby się wykończyć najpierw Grell oraz Brafa.

Olbrzym stęknął, dźwigając pień, po czym podparł kraniec ramieniem tak, że jego siostra wisiała głową w dół. Przy wtórze trzasku łamanych gałęzi obracał drzewo, dopóki unieruchomiona Sashi nie znalazła się na wierzchu, twarzą do góry. Zaczął opuszczać swój ciężar na ziemię, ale w tym momencie ogrzyca wygięła się i z rozmachem uderzyła plecami w pień. W pierwszej chwili Jig nie był pewien, czy przerażający głośny trzask to pękanie kości, czy drewna. Ale Sashi poruszyła się znowu. Dźwignęła przywiązaną do nóg część pniaka i wierzgnęła. Dźwięk, który rozległ się tym razem, był niewątpliwie chrzęstem łamanej szczęki Wallanda. Olbrzym zatoczył się w tył. Oczy zalewała mu krew. Sashi wiła się i ciskała, póki nie zrzuciła pętli z nóg. W następnej chwili przełożyła związane ręce do przodu, zerwała worek, wyciągnęła knebel i błyskawicznie przegryzła sznur. Potoczyła wzrokiem po goblinach, parsknęła z rozbawieniem, po czym odwróciła się do brata.

Walland krążył wokół niej z uniesioną maczugą. Sashi miotnęła w niego złamanym pniem. Zdołał się uchylić, ale ona w tym czasie poluźniła więzy na nogach.

– I co teraz? – spytał Braf. Nastawił hakieł na ogrzycę, gotów ze śpiewem na ustach skoczyć w wir walki. Jak takiemu udało się dożyć w ogóle wieku ząbkowania?!

– W nogi! – krzyknął Jig.

Grell już dawno wpadła na ten pomysł, zdążyła także wprowadzić go w czyn. Jig właśnie mijał kuśtykającą niańkę, gdy z tyłu dobiegło go kolejne pytanie Brafa:

– To znaczy, że nie pomożesz Sashi?

Jig zerknął przez ramię i przez głowę przemknęły mu dwie myśli. Pierwsza, że Grell nie ma szans uciec, bo porusza się zbyt wolno. Bez względu na to, który ogr zwycięży, dopadnie ją bez trudu. Druga zaś, że każda sekunda, jaką ogr poświęci na rozprawienie się z Grell, pozwoli mu zwiększyć dystans.

Przyspieszył.

Dodaj komentarz:

Tytul: *
Tresc: *
Podpis: *
e-mail:
Aby zabezpieczyc adres przed spamem zamien dowolna kropke na .SPAMik.
Token: Token
Tu przepisz: *

* Pola sa wymagane

wszystkie | karciankowy krąg | planszówkowe pole | m:tg
---
=>
Ghost Stories - recenzja gry planszowej

=>
Dixit Jinx - recenzja gry planszowej

=>
Kupcy i korsarze - recenzja gry planszowej

=>
Zakazana wyspa - recenzja gry planszowej

=>
Bang! - recenzja gry planszowej
Kotoperzyk, Komentarze: 0

=>
Uga Buga - recenzja gry planszowej


forum | sesje rpg | konwenty | blogi | galerie | irc
---
=>
Powrót do planszówek
ardek123, 2012-01-31, Odpowiedzi: 52

=>
Bitewniaki
Targowo.Istore, 2011-06-29, Odpowiedzi: 75

=>
Zombiaki
Matysz, 2009-12-15, Odpowiedzi: 23

=>
Wrażenia
necron1501, 2009-10-23, Odpowiedzi: 4

=>
Magia i Miecz - planszówka wszech czasów i nowe dodatki
Gieferg, 2009-07-30, Odpowiedzi: 49

=>
Bitewniaki i modelarstwo
Solarius Scorch, 2009-07-24, Odpowiedzi: 12



artykuły | nowości | blogi
---
=>
Pędzące Żółwie - recenzja gry
Ostatni: Karolina Pilip, 2012-03-04 13:50:08

=>
Zombie Plague - recenzja gry planszowej
Ostatni: V., 2012-02-25 10:20:21

=>
The Resistance: Agenci Molocha - recenzja
Ostatni: V., 2012-02-14 10:16:13

=>
Dixit, Dixit 2, Dixit Odyssey - recenzja gier
Ostatni: Ragnar, 2012-02-10 08:46:12

=>
Gandalf w LotR TCG
Jarlaxle, Komentarze: 1
Ostatni: Krystian Stańczak, 2012-02-04 15:34:48

=>
Wikingowie - recenzja gry planszowej
Ostatni: MICHAŁ, 2012-01-14 12:16:38

Redakcja | Współpraca | Prawa Autorskie | Reklama
© Tawerna RPG 2000-2012. Pewne prawa zastrzezone. ISSN 1895-0000